„Pisarze i handlarze” – Olga Tokarczuk, o tym czy kultura to towar jak każdy inny

Polska noblistka pisze o dobru wspólnym, branży wydawniczej i utowarowieniu kultury. W debacie o prawie autorskim zbieżność interesów producentów i twórców traktowana jest jako pewnik - czy słusznie?

Mam wrażenie, że walka, która toczy się dziś na świecie nie dotyczy niczego innego, jak tego, co ma być dla ludzi oczywiste, a przez to normalne, swojskie i naturalne. Jest to walka nie tylko ideologiczna – o ile za ideologię uznamy pewien światopogląd na otaczającą nas rzeczywistość, ale jakaś rozległa totalna wojna, w której niczym armaty angażuje się do niej nauki – socjologię, filozofię i psychologię.

Mówi się więc nam, że kapitalizm oparty na idei wolnego rynku jest czymś naturalnym i oczywistym i że bazuje na głębokich mechanizmach, według których funkcjonuje nasza psychika i społeczeństwo.

Mówiąc w skrócie – że jesteśmy raczej egoistyczni i w naszej naturze leży rywalizacja o dobra, że genetycznie uwarunkowani jesteśmy do dbania o nasz własny interes, a pojęcie zysku jest tak głęboko zakorzenione w naszej psychice, iż rozumiemy je intuicyjnie. Że porządek pracy, która przynosi kapitalizowany i inwestowany zysk, zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa, zdrowie i szczęście. Że nasze wytwory są produktem i jako produkt podlegają wszystkim mechanizmom sprzedaży.

W tym porządku altruizm nie istnieje, ponieważ oczywiste jest, że nieświadomie oczekujemy wzajemności. Altruizm to wymysł hipisów – w rzeczywistości bowiem promujemy swoje geny czy szeroko rozumiane interesy, nawet jeżeli nie widać tego na pierwszy rzut oka. Motorem jest konkurencja – jesteśmy wszak drapieżnikami. Nagrodą – zysk, dobro – wydawałoby się odwieczne i wszystko wyjaśniające.

Kiedy w drugiej połowie XVII wieku wzrosło ogromnie zainteresowanie słowem pisanym, w 1764 roku frankfurcki katalog książek zawierał pięć tysięcy tytułów. W 1800 – już dwanaście tysięcy. Ten gwałtowny wzrost nie byłby możliwy, gdyby nie rosnąca umiejętność czytania wśród niższych klas.

Zaczęły pojawiać się wtedy podręczniki, encyklopedie, kalendarze, opisy podróży, pamiętniki i popularne opowiastki ludowe. Swoje tryumfy zaczęła święcić powieść i stała się, obok dostarczyciela czytelniczej przyjemności, głównym nośnikiem nowych idei i wiedzy. Dostępność słowa drukowanego była ważnym czynnikiem rozwoju raczkującego wtedy społeczeństwa konsumpcyjnego, w którym człowiek ma już pod dostatkiem dostępnych towarów i może poszczycić się p r z y w i l e j e m wolności wyboru między nimi. Handel książkami zaczął burzliwie rozwijać się w tym samym czasie, kiedy w przemyśle zaczęto stosować podział pracy.

Adam Smith, filozof tego nowego porządku społecznego zauważył, że „w dostatnim czy też komercyjnym społeczeństwie, myślenie i rozumowanie staje się, jak każde inne zajęcie, szczególnego rodzaju działalnością, którą parają się bardzo nieliczni ludzie, dostarczający ogółowi, który pracuje, wszystkich myśli i przekonań. Tylko bardzo mała część wiedzy zwykłego człowieka jest wytworem jego własnych obserwacji lub refleksji. Cała reszta kupiona jest niczym buty albo pończochy, od tych, których zadaniem jest zebranie i przygotowanie na potrzeby rynku owych szczególnego rodzaju dóbr”.

W ten sposób słowo drukowane, powieść czy zbiór wierszy zdefiniowane jako produkt i towar, zaczęły być tym samym, co części garderoby i jako takie zaczęły funkcjonować w społeczeństwie kapitalistycznym. Bardzo szybko okazało się, że książka może być naprawdę dobrym towarem. Zaczęto drukować książki mniejsze i na gorszym papierze, za to w dużych nakładach, tak samo, jak zaczęto wytwarzać tanie ubiory z ogólnie dostępnej bawełny zastępując drogi adamaszek czy brokat. Fizyczna dostępność książki stała się tym samym nieporównywalnie większa.

Co na to pisarze, którzy do tej pory byli raczej czymś w rodzaju rzemieślników pozostających pod kuratelą mecenasów? Jak pamiętamy Wolter ledwie wyplątał się z finansowej i psychicznej zależności od Fryderyka Wielkiego. Inny zaś artysta, Haydn, nosił liberie rodziny Esterházych, będąc wyjątkowym, ale jednak – służącym.

Okazało się jednak, że nowa sytuacja wcale nie polepszyła pozycji pisarzy. Najczęściej pracowali oni za niewielkie pieniądze wynajmowani do tej pracy przez księgarzy, którzy stawali się wtedy dość powszechnie także wydawcami i którzy praktycznie przejęli młody rynek książki w swoje ręce. Wielu pisarzy zgadzało się na taki układ, wydawał się on w tych czasach jak najbardziej o c z y w i s t y i taki też w dużej mierze pozostał do dzisiaj.

 

Pończochy i buty

Książka stała się towarem i nie może przestać nim być. Między Autorem i Czytelnikiem pojawiło się mnóstwo etapów pośrednich, co czyni bezpośredni dialog trudnym, a nawet niemożliwym. Najsilniejszym graczem na zogromniałym rynku książki stał się Wydawca, a ostatnio bardzo wzrosła rola wszelkich dystrybutorów i agentów, którzy powoli zaczynają dyktować warunki. Autor oddaje Wydawcy tekst i właściwie w tym momencie traci nań wszelki wpływ. To Wydawca określa nakład, sposób promocji i sprzedaży. Książka z drukarni wędruje wprost do hurtowników, którzy narzucają swoje marże, nawet do 40-50%, do tego dochodzi jeszcze marża księgarzy detalistów.

Wielcy hurtownicy prawie całkowicie zmonopolizowali dystrybucję książek. Oprócz marży żądają często od Wydawcy – jak na przykład robią to duże sieciówki – dodatkowych opłat za odpowiednie wyeksponowanie książki na wystawie licząc powierzchnię w centymetrach kwadratowych.

Tradycyjny łańcuch wydawniczy wygląda więc następująco: Autor – Tłumacz czy Redaktor – Wydawca – Dystrybutorzy i Agenci – Czytelnik. Najsłabszym ogniwem tego łańcucha są z pewnością Tłumacze i Redaktorzy. To wynajęci pracownicy, często zatrudniani na marne umowy, ostatni w kolejce do płacenia. Sam Autor też nie może poszczycić się zbyt wysoką pozycją w tym łańcuchu; pełni często rolę naiwnego wytwórcy paciorków, zwykle nie zna się na mechanizmach wydawniczych, jest szczęśliwy, że znalazł Wydawcę i czuje się mu dozgonnie wdzięczny. Jego interesy w całości przejmuje Wydawca, reprezentując go odtąd wobec całego rynku.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że to Wydawca stworzył to, co nazywamy dziś rynkiem książki. To jego gusty przekuwały się w to, co mieliśmy na półkach w księgarniach, jego wybory kształtowały literackie mody i trendy. To wydawca wyszukiwał talenty, inwestował w nie, bywało, że pełnił rolę motywatora i opiekuna. Tak funkcjonując budował marki wydawnicze, które same w sobie stawały się kierunkowskazami i gwarantami jakości. Prawdą jest też, że dobry wydawca zawsze gotów był lawirować tak, żeby można było wydawać także i tych, którzy nie zapowiadali finansowego sukcesu. Liczył się bowiem prestiż wydawnictwa i oddanie sprawom literatury, jakkolwiek to ostatnie brzmi już dzisiaj trochę naiwnie.

Biblioteka
Tytuł: Biblioteka
cczero

Coraz silniejsze utowarowienie książki, które dzieje się współcześnie, rzucenie jej na głębokie wody mechanizmów popytu i podaży bez żadnej ochrony, spowodowało w ostatnich dwudziestu latach dość spore zmiany. Mówiąc w wielkim skrócie doszło do wielkiej monopolizacji kanałów dystrybucji książek, przez co upadły małe niezależne wydawnictwa, a duże przekształciły się w maszynki do produkowania pieniędzy na poradnikach, dość prościutkich bestsellerach, a nawet kubkach.

Ceny książek rosną, a czytelnictwo spada. W wydawnictwach na pierwszą linię wysunęło się nowe wojsko – menedżerowie sprzedaży i to oni zaczęli szacować wysokości nakładu, określać target. Mają nie tylko coraz większy wpływ na książki, które będą wydawane i tu kierują się najczęściej efektem bestsellera, ale zdarza się, że ingerują w treść i narzucają okładki, które mają w ich mniemaniu najlepiej sprzedać produkt. W ten sposób ta nowa, mówiąca handlowym slangiem klasa, która traktuje książkę właśnie jak wspomniane buty i pończochy, zaś książek nie czytająca, tworzy nam zupełnie nowy rynek. Jeden z takich menedżerów powiedział mi ostatnio, że on z zasady książek nie czyta, bo boi się, żeby go to nie rozproszyło. On książki kartkuje i to wystarcza, żeby wiedzieć, ile i jak sprzedać.

Udział należny Autorowi nieczęsto przekracza 10% z ceny detalicznej. Z tego też powodu tylko niewielu pisarzom „produkt”, który wytwarzają, jest w stanie zapewnić pieniądz na życie.

Urynkowienie często robi wrażenie obsesyjno-kompulsywnego zbiorowego zaburzenia, całkowicie nowego w historii na tak ogromną skalę. Sadzę, że jego przyczyną jest lęk przed coraz większym skomplikowaniem świata, przed jego ogromem i niejednoznacznością. Tego ogromu nie można już ogarnąć za pomocą starych, niegdyś dobrze funkcjonujących narzędzi, jakimi były tradycyjne zasady, wartości religijne, początkująca nauka. One w dużej mierze straciły swoją porządkującą moc.

W takiej sytuacji rodzi się w ludziach potrzeba stworzenia jasnych, prostych i oczywistych, a przez to często powierzchownych i irracjonalnych zasad rozumienia świata: wszystko zostaje poddane wycenie i ten nowy prosty porządek wydaje się o c z y w i s t y i sprawiedliwy. Wycenione zostają nie tylko towary i ludzka praca, ale i zasoby, miejsca i w końcu sam człowiek.

Przeliczone zostają na pieniądze rzeczy do tej pory w ogóle z pieniędzmi nie kojarzone, jak „medialność”, potencjał, trend, a także dostęp do jeziora, zasoby powietrza czy wody. To działa, jak te nowe okulary Google’a – gdzie spojrzysz, tam wisi etykieta z ceną. Taki świat staje się bezpieczniejszy i bardziej przyjazny, wiadomo co nas w nim czeka. Etykieta z ceną sugeruje wszakże, że wszystko można kupić, trzeba mieć tylko odpowiednio duże pieniądze. Dziś przecież jesteśmy świadkami toczącej się coraz śmielej dyskusji na temat urynkowienia zasobów wody czy wiedzy na temat ludzkiego genomu. Już opatentowano i skomercjalizowano wiele technologii produkcji leków. Widzimy więc jak na naszych oczach zmienia się zawartość pojęcia tego, co o c z y w i s t e. Dla moich rodziców dobrem absolutnie oczywistym była powszechna darmowa szkoła i darmowe leczenie.

Między Wydawcą i Autorem pojawia się dziś często fundamentalna sprzeczność interesów. Wydawca chce na książce przede wszystkim zarobić. Nie chcę przez to powiedzieć, że Autor na swoich książkach zarobić nie chce. O, z pewnością chce! Marzeniem byłoby utrzymać się z pracy, którą wykonuje się często po kilkanaście godzin dziennie wisząc nad klawiaturą komputera. Na pewno jednak mogę powiedzieć, iż dla wielu pisarzy, pieniądze nie są celem samym w sobie. Jako osobnik dość egotyczny pisarz oczekuje o wiele bardziej tego, że jego książka będzie czytana, że będzie miał dzięki niej jakiś rodzaj porozumienia z czytelnikiem, że wzrośnie jego prestiż i sława. Chce potraktowania swojej powieści czy tomiku wierszy jako przekazu.

Najgorszym koszmarem jest dla pisarza nie tyle brak przelewów od Wydawcy, ale widok jego książki idącej na przemiał. Tę postawę wykorzystuje często Wydawca, płacąc Autorowi sumy symboliczne i śmieszne. Wiem dobrze, że wielu pisarzy byłoby gotowych do dzielenia się swoimi książkami z czytelnikami na innych zasadach, niż te przyjęte do tej pory, kiedy prawami rozporządza głównie Wydawca. Bardzo dobrze pamiętam, jak wydawcy podsuwali Autorom do podpisania umowy bezterminowe, choć były wbrew prawu, ustalali niebotycznie długie okresy trwania umowy, jednym gestem, bez dodatkowych gratyfikacji, zagarniali prawa zależne. Autorzy pozbawieni jakiejkolwiek wiedzy traktowali te praktyki jako o c z y w i s t e i naturalne.

 

Akt komunikacji, nie towar

Pierwszym krokiem do przełamania takiego stanu rzeczy jest projekt Creative Commons, który porządkuje i kodyfikuje możliwości traktowania własnych praw twórców do dzieła, a przede wszystkim uświadamia im, czym w istocie dysponują i jak wielki mogą mieć wpływ, w jaki sposób ich tekst, muzyka czy zdjęcie może dotrzeć do odbiorcy.

Wielu z nich (w tym i ja sama) długo nie zdawało sobie sprawy z możliwości wydzielenia niektórych praw np. praw zależnych i dysponowania swoimi prawami w bardziej plastyczny sposób (w tym udzielania licencji nieodpłatnych).

Zdałam sobie sprawę z własnych możliwości wpływu wtedy, kiedy w 1998 roku sama stałam się wydawczynią jednej z moich książek. Postanowiłam wtedy zrobić swego rodzaju eksperyment i zgodziłam się na opublikowanie w Sieci całości tekstu dokładnie w tym samym czasie, kiedy papierowa książka pokazywała się na półkach księgarskich. Dzisiaj, odkąd istnieją portale takie jak Chomikuj.pl i moje książki i tak są dostępne w Sieci, decyzja ta nie robi większego wrażenia. Wtedy jednak, zupełnie nie wiedzieliśmy, jak to wpłynie na sprzedaż książki papierowej. Wiedziałam też, że dla części moich czytelników książka w księgarni może być za droga lub z innych powodów niedostępna. Dałam im po prostu możliwość jej przeczytania w innej formie.

W ogólnym zamieszaniu wokół praw autorskich moją uwagę zwraca rozpowszechniające się zjawisko selfpublishingu, które staje się coraz bardziej popularne i powoli przenika na profesjonalne targi wydawców, na których handluje się prawami autorskimi jak tymi emblematycznymi już pończochami czy butami. Samopublikowanie zostało w świecie książek zapożyczone ze świata muzyki, gdzie coraz więcej muzyków decyduje się na wydawanie swoich płyt samemu, pomijając wszystkich pośredników i dystrybuując je w Internecie. W tej dyskusji pojawia się często przykład Radiohead, który nagrawszy samemu własną płytę rozprowadzał ją w Internecie, wyceniając ją na „co łaska”. Nabywcy płacili tyle, ile uważali za stosowne, i zespół na tym – wbrew ostrzeżeniom ekspertów od sprzedaży – wcale nie stracił.

Selfpublishing rozbija znacząco szyki kapitalistycznej ideologii sprzedaży towaru. Likwiduje całe zastępy pośredników między wytwórcą a nabywcą. Czasem bywa, że Autor jest w stanie swoją książkę po prostu rozdać za darmo, tak bardzo zależy mu, żeby dotarła do Czytelnika. Jak podaje Wikipedia, w Stanach w 2008 roku selfpublishing przekroczył ilość książek wydawanych tradycyjnie. Są to głównie wydane w formie książkowej blogi. W ten sposób można wydać własną powieść czy tom poezji, co do których odwaga wydawców byłaby bardzo ograniczona. Wydawcy komentują ten proces ironicznie i protekcjonalnie, twierdząc, że proceder niszczy rynek i dramatycznie obniża poziom wydawanych książek i że selfpublishing to, mówiąc wprost, grafomania. Przenika przez te komentarze pewien niepokój o własne słabnące wpływy.

Kiedyś akt publicznego wypowiedzenia się był przywilejem. Miał je władca, miał ksiądz czy kaznodzieja. Dostęp do słowa pisanego był jeszcze bardziej rzadki. Dziś to prawo jest powszechne. Jasne, że kiedy wszyscy mówią, może powstać wrażenie bełkotu, ale za to wypowiadają się i ci, którzy w tamtej sytuacji w ogóle nie mieliby głosu.

Z tej perspektywy widać bardzo wyraźnie, jak bardzo anachroniczne jest dziś obowiązujące prawo autorskie, które traktuje Autora jako nieruchawego posiadacza pewnego kłopotliwego dobra, którym rozporządzać umieją tylko marszandzi-wydawcy. Zapis, w którym powiedziane jest, iż prawa do książki należą się aż do 70 lat po śmierci autora jego spadkobiercom, trąci feudalizmem. W tej chwili jesteśmy świadkami zupełnie absurdalnej sytuacji, kiedy to nie można wydawać książek jednego z największych polskich pisarzy tylko dlatego, że dysponuje nimi jego daleki krewny, który czeka na jakąś niebotyczną ofertę finansową, blokując ukazanie się książki w druku.

 

Rytuały wymiany

Gdybyśmy żyli na Triobrandach, jak badani przez Bronisława Malinowskiego tubylcy, bralibyśmy w pewnym o c z y w i s t y m, regularnym i naturalnym rytuale wymiany jednych rzeczy na inne bez udziału pieniądza zwanym kula. Polegał on na tym, że regularnie co jakiś czas przybywali na wyspę mieszkańcy wyspy sąsiedniej i przywozili dla członków plemienia mnóstwo podarków, które uroczyście, pośród określonych rytualnych czynności im wręczali.

Towarzyszyła temu prawdziwa atmosfera święta i wielka uczta. Przybysze przedtem te podarki dostali od innych, którzy przybyli do nich z sąsiedniej wyspy, a po niedługim czasie owe podarki miały stać się prezentami dla kolejnych mieszkańców jeszcze innej wyspy. Przedmioty wędrowały więc po okręgu, trafiając z rąk do rąk. Obdarowani nie zostawali ich właścicielami, ale brali je niejako w depozyt. Im wyższa była pozycja członka plemienia, tym cenniejsze były jego podarki, tym więcej dostawał – ale i więcej musiał potem oddać. Nie było tu mowy o żadnym targowaniu.

Wymiana kula miała potężne działanie społeczne – sprzyjała wzajemnemu poznawaniu się, wprowadzała odświętny porządek w bieg czasu, budowała kulturę poprzez fakt, że wokół podróży na wyspy narastały kolejne mity i opowieści. Żyjące na osobnych wyspach plemiona poznawały się i tworzyły większy organizm społeczny niż samo plemię.

Nie chcę powiedzieć, że marzę dla nas o przywróceniu czegoś w rodzaju kula. Wiem jednak, że Internet jest wielkim i skutecznym rewolucjonistą. Działa bez przemocy. Jak trickster obraca wszystko do góry nogami, stawia na głowie, nicuje prawe na lewe i lewe na prawe.

Demokratyzująca siła Internetu i jego pansoficzny charakter, który uosabia dla mnie Wikipedia, pokazują, że może stać się on wielkim polem wymiany informacji i zdobywania wiedzy, nie zaś jarmarkiem do sprzedaży towarów w imię ideologii świata, który powoli i w konwulsjach przechodzi już do lamusa.

Olga Tokarczuk, Pisarze i handlarze, 2013


Esej ukazał się w raporcie „Prawo autorskie w czasach zmiany. O normach społecznych korzystania z treści” wydanym przez Centrum Cyfrowe w 2013 r.

POBIERZ CAŁY RAPORT. Znajdziesz w nim także teksty:

  • Alka Tarkowskiego i Michała Danielewicza o przyszłości prawa autorskiego;
  • Michała Kaczmarczyka o tym, jak to jest z tą „własnością” w własności intelektualnej;
  • Bartka Chacińskiego o szansach, jakie rynkowi muzycznemu daje streaming.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Komentarz zostanie dodany po zatwierdzeniu przez administratora